Niezaradna mama wychodzi z niemowlakiem. Wychodzenie z domu możemy rozpatrywać w aspekcie przestrzennym, czasowym i psychologicznym (co nas stresuje). Dziś będzie o aspekcie przestrzennym. Wychodzenie z wózkiem i chodzenie z nim po polskich ulicach to nie lada wyczyn. Można powiedzieć, że przeciętna mama ma pod górkę i to sporą. A bez wychodzenia z domu jesteśmy totalnie zależni od innych i tracimy kontakt ze światem. Wiem coś na ten temat, bo po porodzie siedziałam w domu uzależniona od męża i sfrustrowana, że nie mogę wyjść kiedy chce i gdzie chce. W końcu udało mi się ogarnąć spacery na tyle, że mogę spędzić 4 godziny z dzieckiem po za domem. Ale potrzebowałam na to aż miesiąca i do dziś z niektórymi rzeczami mam problem. Ale ok, ubieram siebie, córkę, wkładam ją do wózka i wychodzimy z domu. No i od progu napotykam na kilka przeszkód.
Na początek muszę zejść z dzieckiem z 4 piętra. Windy brak. Wózkownia zlikwidowana. Wózek z dzieckiem waży ok. 15 kg, więc o dźwiganiu całości nie ma mowy. O noszeniu samego dziecka też nie ma mowy, bo jest trochę za małe. Przetestowałam kilka opcji zanim znalazłam względnie najlepsze rozwiązanie. Aktualnie parkuję wózek na parterze i przypinam go łańcuchem rowerowym (taką solidną ketą) do kaloryfera. Następnie odpinam gondolę i tak niosę dziecko do mieszkania. Znajoma, która też mieszka na 4 pietrze, trzyma wózek w samochodzie i znosi dziecko w nosidełku.
Uff, doszłam na parter, gondola przypięta. Wyjeżdżamy i już kolejny problem. A mianowicie drzwi. Przechodzenie przez zwykłe drzwi z wózkiem jest chyba większym problemem niż schody. Strasznie ciężko jest otworzyć i przytrzymać drzwi a następnie przeciągnąć jedną ręką wózek, tak by nim o nic nie zahaczyć. Skrętne przednie koła powodują, że wózek jeździ jak chce. Pozostaje odwracanie go za każdym razem, co jest męczące, ale cóż zrobić. Na szczęście czasem się znajdzie jakaś pomocna osoba, która przytrzyma nam drzwi. Ale zwykle przy wyjściu/wejściu do klatki, sklepu, wszelkich urzędów, szpitali, przychodni i instytucji publicznych mam jogę i wyginam się między wózkiem a otwartymi drzwiami.
Ok, jesteśmy na dworze i jedziemy oczywiście po koszmarnie krzywym chodniku. Slalomem omijam co większe dziury, niestety czasem się w coś wjedzie. Jadę, jadę i dojeżdżam do...
...przejścia dla pieszych. I tu zaczyna się ostra jazda. Nie każde przejście ma zjazd dla wózka, a jak już ma to przed nim zwykle jest gigantyczna kałuża. Nie każdy kierowca się chętnie zatrzyma. A najgorsze są wysepki między jednym a drugim pasem jezdni. Zwykle są tak wąskie, że nie mieści się na nich wózek, a o wystawaniu nie ma mowy. Więc zwykle trzeba się trochę naobracać, by przejść przez ulicę. Po miesiącu mam opanowane z których przejść dla pieszych korzystać a których unikać.
No ale jadę dalej i napotykam schody, które przy tych wszystkich problemach są najmniejszą barierą architektoniczną, bo są podjazdy. Prawie wszędzie. Zapomnieli o podjeździe w kancelarii parafialnej (załatwianie chrztu), Urzędzie Skarbowym (jest ten śmieszny podest-winda) i... przychodni pediatrycznej (i co wizytę u lekarza zabieram kogoś z rodziny, by mi pomógł).
Po miesiącu jeżdżenia samemu wiem, że nie ważne na jaką przeszkodę napotkam, zawsze mogę ją objechać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz